Hana:
Może to odejście z policji to najlepsze co udało mi się dotychczas zrobić. Mam dziewiętnaście lat, a zero pomysłu na przyszłość. No chyba, że psycholog lub nauczyciel się liczy, choć nie mam bladego pojęcia czy to wypali.
Stałam przy szafce w kuchni, gdy zadzwoniła moja komórka. Zerknęłam na wyświetlacz i zrezygnowana odebrałam połączenie od jednej z policjantek, która prowadziła ze mną minioną sprawę. Potrafiła truć człowiekowi całymi godzinami, więc wolałam odłożyć telefon na blat oraz zająć się przygotowywaniem kawy, a także wspominaniem nocy sprzed trzech dni. Nigdy nie zrobiłabym czegoś tak nieodpowiedzialnego, lecz alkohol i nadmiar emocji zrobił swoje. Było świetnie, już nie wspominając o tym, że robiłam to pierwszy raz. Jakoś zapomniałam przy Tomie o tym, że jestem dziewicą. Czułam się dowartościowana, a co do tego piękna. Prawdopodobnie zapomniał, jeśli tak to będę skakać z radości. Mam na oku zajęcie się dalszym kształceniem.
Urządzenie leżące na marmurowym blacie wyłączyło się, a w radiu rozbrzmiały się brzmienia muzyki ze starych czasów. "Durch den Monsun", to piosenka, która zapadnie mi w pamięć do końca życia. Ona nauczyła, że trzeba walczyć o swoje. Że mimo niepowodzeń oraz przeszkód dojdzie się do celu. Usiadłam na krześle popijając co jeden gryz kanapki świeżo zaparzoną kawą. Jednak śniadanie to posiłek, jaki będzie moim ulubionym. Nie zdążyłam zjeść, a rozległo się pukanie do drzwi. Ignorowałam natręta, aczkolwiek jego denerwujący sposób pukania w deski spowodował, że podniosłam się z miejsca i powędrowałam ku korytarzowi. Tak założyłam na siebie bluzę, gdyż zwyczajna koszulka na ramiączka, prześwitująca w dodatku, nie jest odpowiednim strojem do przyjmowania gości. Przez wizjer dostrzegłam osobę z kapturem na głowie i dłońmi w bandażach. Niecodzienny widok o siódmej rano. Bez namysłu otworzyłam nieznajomemu, który okazał się być znajomy.
- Zagubił się pan? - spytałam z nutą ironii w głosie. Chłopak wywrócił oczami i wstąpił na próg mojego domu. - Chyba nie znamy się na tyle dobrze, aby mogła pana wpuścić. - stwierdziłam, usiłując schować uśmiech wkradający się na moje usta. Tom wszedł do środka, wymijając moją osobę. Od razu skierował się do kuchni, gdzie na stole znajdował się kubek niedopitego "energetyka". - Przykro mi, lecz musi pan opuścić mój dom, jeśli nie chce pan przesiedzieć czterdziestu ośmiu godzin w areszcie i mieć założonej sprawy za wtargnięcie. - oświadczyłam. Może i odchodzę z policji to i tak wykorzystuję swoją posadę przeciwko bufonom.
- Przestaniesz mówić do mnie na "pan"? Mam imię, krótkie bo krótkie, ale ludzie zapamiętują. - zbliżył się do mnie, na co odsunęłam się na bezpieczną odległość, lecz gdy zrobił to drugi raz, ściana zagrodziła mi pole ucieczki. - Ładną masz kuchnię, Hano. Może by tak ją nieco wypróbować? - zaproponował z błyskiem w oku. Nie tędy droga, kochaniutki!
- Może by pan tak łaskawie zabrał cztery litery z mojego domu i mojej posesji? Chyba, że pocisk w tych literach nie przeszkadzałby panu w funkcjonowaniu. - czemu jestem wredna? Nie rozumiem. Chyba się starzeję. - Zresztą. Na ciebie nic nie podziała, prawda? - minęłam chłopaka, chwytając w nieco trzęsące się dłonie kubek z napojem.
- Kawa szkodzi tak ładnym kobietom. - rzekł z przekonaniem, co nawet tak nie brzmiało. Nikt nie zakaże pić mi kawy! A zwłaszcza on. Wolny kraj i mogę robić to, co chcę! - Ostatnimi czasy często chodzisz niedaleko uczelni, studiujesz? - zapytał zaskoczony faktem, iż często tam przebywam.
- Chcę zacząć kierunek, ale nie wiem jaki, waham się między dwoma, lecz nie powinno cię to obchodzić. Możesz wyjść? Chcę zostać sama, muszę się ubrać i przygotować do wyjścia. - rzuciłam, wskazując na wyjście z pomieszczenia. Ani drgnął, co mam siły użyć?! - Rusz się, bo...
- Bo co? - przerwał moje dictum zbliżając się na bardzo niebezpieczną odległość. - Co mi pani zrobi, pani inspektor? - jego głos przybrał inną barwę. Taką, jakiej nie znałam. Nie doświadczyłam od żadnego mężczyzny. Było w nim coś powalającego, aczkolwiek nie mogę się poddać. Nie chcę pokazać, że jestem słaba i łatwa.
- Odeszłam, a teraz proszę ty odejdź! -krzyknęłam, odpychając go od siebie. Nie rozumiał, był aż tak tępy?! - Wynocha, pacanie!
- Podwiozę cię tam, gdzie chcesz, ale poświęć mi kilka godzin. - mruknął podciągając rękawy bluzy. Zaintrygowały mnie jego dłonie. Wtedy nie miał bandaży, a może miał. Nie pamiętam. - Nie patrz, bo nie powiem, kochanie.
- Nie mów do mnie "kochanie", bo język stracisz w sokowirówce.
- Ale podobało ci się wtedy. - oznajmił spokojnym tonem, który doprowadzał mnie do szału. Miałam ochotę złapać go za ubrania i wyrzucić na ulicę. Denerwował jak nikt inny. Jeszcze takiego natarczywego człowieka nie spotkałam w całym swoim życiu.
- Skąd znasz mój adres? Jesteś detektywem? Jasnowidzem? Szpiegiem? - moje pytania zabijały nawet mnie. Nie pomyślałabym, iż mogę być taka głupia. Tom patrzył na mnie spode łba z wielkim bananem na twarzy. Usadowił się swobodnie na krześle, zakładając ręce na piersi. - Słuchasz mnie?
- Tak. Jestem dobrym obserwatorem, kiciu. - posłał mi całusa w powietrzu, na co aż mnie wzdrygnęło. Ohyda! Nienawidzę takich typów. potrząsnęłam głową, unosząc przy tym brew i wywracając oczami. Wyszłam z pomieszczenia do swojej sypialni. Kiedy już otworzyłam szafę, wyjęłam z niej czerwoną koszulkę i granatowe rurki.
Stałam na środku pokoju topless, poprawiając ramiączka od stanika, kiedy usłyszałam gwizdy za plecami. Tom! Nie dość, że palant, bufon to jeszcze podglądacz i szpieg. Jakiś nienormalny. Próbowałam zapiąć stanik, lecz miałam z tym niemały problem. Poczułam jak ciepłe palce przejeżdżają niedaleko zapięcia. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, jaki pozostawił za sobą gęsią skórkę oraz pragnienie wywalenia tego idioty z domu, nawet przez okno. To byłoby najlepsze wyjście.
Bill:
Wciągnąłem nosem powietrze. Wypuściłem ustami. Otworzyłem oczy. Bri leżała naprzeciw mnie z głową na plecaku i wzrokiem utkwionym w przydymiony sufit.
Nie odzywaliśmy się, cieszyliśmy się chwilami ciszy, którym zostało nam stosunkowo niewiele. Jeśli ciszą można nazwać gwizd pociągu, stukot kół na szynach i wygłuszone przez ściany przedziału krzyki dzieci.
Usiadłem wyciągając nogi przed siebie i odchyliłem głowę. Moja, nasza obecna sytuacja jest beznadziejna. Dwójka nastolatków uciekająca przed problemami, z którymi nie chcą się mierzyć. Każda negatywna emocja, kłuła mnie w serce dwa razy bardziej, każda myśl o Rozie, Tomie... Sprawiała, że chciałem strzelić sobie w głowę. Takie scenariusze odbierały mi chęć życia i oplatały moje gardło zimnymi, skostniałymi dłońmi tchórzostwa.
Wiedziałem, że to było jedno z najgorszych wyjść jakie mogłem wybrać. Zdawałem sobie z tego bolesną sprawę.
Nagłe ukłucie bólu za żebrami sprawiło, że złapałem się za brzuch i skręciłem z bólu. Zakrztusiłem się śliną a chwilę potem poczułem jak gorzka ciecz pochodzi mi w górę gardła. Szybko wyjąłem chusteczki i wyplułem w nie ciemnoczerwoną krew. Zamknąłem oczy i próbowałem zapomnieć o nieprzyjemnym smaku w ustach. W końcu wyjąłem wodę z torby podręcznej i wypiłem kilka dużych łyków. Złożyłem chusteczkę w inne chusteczki i podniosłem głowę. Britanya, bo tak brzmiało jej pełne imię, patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Szczupłe palce zacisnęła na skórzanym obiciu fotela. Przez chwilę jeszcze się nie ruszała a potem wstała i kiedy już myślałem, że wyjdzie z przedziału usiadła obok mnie. Ufnie położyła głowę na moim ramieniu a rękami oplotła mnie w pasie.
-To boli? - zapytała cicho, unosząc głowę tak aby na mnie spojrzeć.
-Trochę. Nigdy nie wiem kiedy nadejdzie fala bólu a zaraz po niej... To. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą wzdychając.
-Jesteś silny.
-Nie, jestem tchórzem. Nie walczę z tym. - powiedziałem z goryczą w głosie. Pokręciłem głową z zamkniętymi oczami. Jestem tchórzem. Pieprzonym tchórzem.
-Jesteś silny bo zaakceptowałeś prawdę, nie wypierasz jej.
-Uciekam przed nią.
-Bo nie chcesz ranić najbliższych. Nie wiem czy nie cierpieliby dwa razy bardziej patrząc jak z dnia na dzień gaśnie twój wewnętrzny ogień.
Spojrzałem na nią zdziwiony. Uśmiechnęła się do mnie a ja w odpowiedzi przytuliłem ją mocniej do siebie. Z zaskoczeniem przyjąłem ulgę jaką wywołały jej słowa. Może w tym co powiedziała ta dziewczyna jest trochę prawdy. Ostatnie co pamiętam zanim zasnąłem to to jak Bri ujęła moją dłoń w swoją i położyła głowę na moich kolanach. Była taka ufna a nawet mnie nie znała.
Britanya szturchała mnie, próbując dobudzić z twardego snu. Uchyliłem oczy i poczułem, że pociąg zwalnia. Przeciągając się wstałem i ziewnąłem. Moja koszulka była cała wymięta ale nie przejąłem się tym. Złapałem swoje walizki, Bri swój plecak i cierpliwie czekaliśmy aż maszyna zatrzyma się na stacji. Kiedy rozległ się przeciągły gwizd przepuściłem dziewczynę w drzwiach przedziałowych i puściłem przodem. Kiedy przechodziłem przez szeroko otwarte drzwi w tłumie ludzi wzdrygnąłem się z zimna. Założyłem na głowę kaptur bluzy, którą włożyłem jeszcze w pociągu i okulary i podążyłem w ślad za oddalającą się wzdłuż peronu szatynką.
Dogoniłem ją i zaczęliśmy próbę zatrzymania taksówki. Nasze oddechy zamieniały się w obłoczki białawej pary. Bri pocierała nogę o nogę i szczękała zębami. Zdjąłem skórzaną kurtkę i bluzę, bluzę dałem zmarzniętej dziewczynie założyłem kurtkę a na głowę fullcap, w którym wyszedłem z domu.
Britanya z wdzięcznością przyjęła bluzę i założyła ją na płaszcz, otulając się szczelnie grubym materiałem.
Gdy w końcu jakiś taksówkarz zatrzymał się dla nas, byliśmy przemarznięci i zmęczeni smagającym nas ze wszystkich stron wiatrem.
-Na lotnisko. - poleciłem dając mężczyźnie pieniądze.
Usadowiliśmy się na tylnych siedzeniach, wkładając bagaże do bagażnika. Jechaliśmy w milczeniu, nawet kierowca zaniechał zwykłych rozmów z pasażerami.
-Jesteśmy na miejscu. - oznajmił taksówkarz po około 10 minutach jazdy. Podziękowaliśmy mu, wyjęliśmy walizki i ruszyliśmy w stronę budynku.
Zewsząd dochodziły nas dźwięki rozmów i automatycznych głosów oznajmiających przez magnetofony za ile jaka odprawa i o ile jakiś lot został przesunięty. Poszedłem kupić dwa bilety do LA a Bri usiadła na jednym z wielu plastikowych krzesełek i pilnowała bagażu.
-Dwa bilety na najbliższy lot do Los Angeles. - powiedziałem do młodej kobiety stojącej za wysoką ladą. Kątem oka patrzyłem jak Britanya przerzuca w dłoniach małe czerwone mp3.
-Najbliższy lot odbędzie się za pół godziny, pasuje panu? - zapytała kobieta miłym głosem jednocześnie wstukując coś w stojącego przed nią laptopa.
-Jak najbardziej.
Po krótkich instrukcjach co do odprawy wróciłem do szatynki aktualnie rozmawiającej po angielsku z jakimś całkiem przyzwoicie wyglądającym chłopakiem.
-O! Tu jesteś. - powiedziała po angielsku zerkając na mnie z ulgą w oczach. Uśmiechnąłem się kiedy wyszeptała nieme "ratuj".
-Musimy iść na odprawę, za chwilę mamy samolot. - powiedziałem uprzejmie w stronę chłopaka i złapałem dziewczynę za rękę, w drugiej ciągnąc walizki.
-Nie umiesz spławiać facetów? - zapytałem z rozbawieniem.
Zmierzyła mnie groźnym spojrzeniem i mocniej ścisnęła moją dłoń.
-Nie muszę, skoro mogę ich odstraszyć tobą.
-Wierz mi skarbie, nie wszyscy dadzą sobie spokój jak powiesz "przepraszam, ale czekam na swojego chłopaka". Nawet jeśli jest on zwykłym kumplem gotowym odgrywać tą jakże intrygującą i pociągającą rolę.
Uśmiechnęła się. Lubiłem jak się uśmiecha. Miła taki miły, delikatny uśmiech. Przyprawiało mnie to o przyjemne dreszcze wewnątrz ciała, aczkolwiek wiedziałem, iż nasze drogi wkrótce się rozejdą. Może i lepiej, jeśli nie będziemy się widzieć, lecz co ja zrobię sam, jak nie będzie jej przy mnie? Wszystko wygląda niczym porcelanowy patyczek. Z jednej strony jest delikatny i może się rozpaść i jednej chwili, a z drugiem przypomina pewien symbol, którego nie mogłem sobie z niczym skojarzyć. To co czuję nie jest możliwe do opisania, ale jeśli już miałbym coś powiedzieć to chyba powiedziałbym, że jest to tak kruche uczucie, jak niejedna lampka nocna, która ucierpiała podczas kłótni. Łatwo ją rozbić, zniszczyć, lecz trudno posklejać i na nowo postawić na szafce bo jej posklejane kawałki już na zawsze będą przypominać blizny, a każda blizna ma jakąś historię, której się nie zapomina.
Wiedziałem, że to było jedno z najgorszych wyjść jakie mogłem wybrać. Zdawałem sobie z tego bolesną sprawę.
Nagłe ukłucie bólu za żebrami sprawiło, że złapałem się za brzuch i skręciłem z bólu. Zakrztusiłem się śliną a chwilę potem poczułem jak gorzka ciecz pochodzi mi w górę gardła. Szybko wyjąłem chusteczki i wyplułem w nie ciemnoczerwoną krew. Zamknąłem oczy i próbowałem zapomnieć o nieprzyjemnym smaku w ustach. W końcu wyjąłem wodę z torby podręcznej i wypiłem kilka dużych łyków. Złożyłem chusteczkę w inne chusteczki i podniosłem głowę. Britanya, bo tak brzmiało jej pełne imię, patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Szczupłe palce zacisnęła na skórzanym obiciu fotela. Przez chwilę jeszcze się nie ruszała a potem wstała i kiedy już myślałem, że wyjdzie z przedziału usiadła obok mnie. Ufnie położyła głowę na moim ramieniu a rękami oplotła mnie w pasie.
-To boli? - zapytała cicho, unosząc głowę tak aby na mnie spojrzeć.
-Trochę. Nigdy nie wiem kiedy nadejdzie fala bólu a zaraz po niej... To. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą wzdychając.
-Jesteś silny.
-Nie, jestem tchórzem. Nie walczę z tym. - powiedziałem z goryczą w głosie. Pokręciłem głową z zamkniętymi oczami. Jestem tchórzem. Pieprzonym tchórzem.
-Jesteś silny bo zaakceptowałeś prawdę, nie wypierasz jej.
-Uciekam przed nią.
-Bo nie chcesz ranić najbliższych. Nie wiem czy nie cierpieliby dwa razy bardziej patrząc jak z dnia na dzień gaśnie twój wewnętrzny ogień.
Spojrzałem na nią zdziwiony. Uśmiechnęła się do mnie a ja w odpowiedzi przytuliłem ją mocniej do siebie. Z zaskoczeniem przyjąłem ulgę jaką wywołały jej słowa. Może w tym co powiedziała ta dziewczyna jest trochę prawdy. Ostatnie co pamiętam zanim zasnąłem to to jak Bri ujęła moją dłoń w swoją i położyła głowę na moich kolanach. Była taka ufna a nawet mnie nie znała.
Britanya szturchała mnie, próbując dobudzić z twardego snu. Uchyliłem oczy i poczułem, że pociąg zwalnia. Przeciągając się wstałem i ziewnąłem. Moja koszulka była cała wymięta ale nie przejąłem się tym. Złapałem swoje walizki, Bri swój plecak i cierpliwie czekaliśmy aż maszyna zatrzyma się na stacji. Kiedy rozległ się przeciągły gwizd przepuściłem dziewczynę w drzwiach przedziałowych i puściłem przodem. Kiedy przechodziłem przez szeroko otwarte drzwi w tłumie ludzi wzdrygnąłem się z zimna. Założyłem na głowę kaptur bluzy, którą włożyłem jeszcze w pociągu i okulary i podążyłem w ślad za oddalającą się wzdłuż peronu szatynką.
Dogoniłem ją i zaczęliśmy próbę zatrzymania taksówki. Nasze oddechy zamieniały się w obłoczki białawej pary. Bri pocierała nogę o nogę i szczękała zębami. Zdjąłem skórzaną kurtkę i bluzę, bluzę dałem zmarzniętej dziewczynie założyłem kurtkę a na głowę fullcap, w którym wyszedłem z domu.
Britanya z wdzięcznością przyjęła bluzę i założyła ją na płaszcz, otulając się szczelnie grubym materiałem.
Gdy w końcu jakiś taksówkarz zatrzymał się dla nas, byliśmy przemarznięci i zmęczeni smagającym nas ze wszystkich stron wiatrem.
-Na lotnisko. - poleciłem dając mężczyźnie pieniądze.
Usadowiliśmy się na tylnych siedzeniach, wkładając bagaże do bagażnika. Jechaliśmy w milczeniu, nawet kierowca zaniechał zwykłych rozmów z pasażerami.
-Jesteśmy na miejscu. - oznajmił taksówkarz po około 10 minutach jazdy. Podziękowaliśmy mu, wyjęliśmy walizki i ruszyliśmy w stronę budynku.
Zewsząd dochodziły nas dźwięki rozmów i automatycznych głosów oznajmiających przez magnetofony za ile jaka odprawa i o ile jakiś lot został przesunięty. Poszedłem kupić dwa bilety do LA a Bri usiadła na jednym z wielu plastikowych krzesełek i pilnowała bagażu.
-Dwa bilety na najbliższy lot do Los Angeles. - powiedziałem do młodej kobiety stojącej za wysoką ladą. Kątem oka patrzyłem jak Britanya przerzuca w dłoniach małe czerwone mp3.
-Najbliższy lot odbędzie się za pół godziny, pasuje panu? - zapytała kobieta miłym głosem jednocześnie wstukując coś w stojącego przed nią laptopa.
-Jak najbardziej.
Po krótkich instrukcjach co do odprawy wróciłem do szatynki aktualnie rozmawiającej po angielsku z jakimś całkiem przyzwoicie wyglądającym chłopakiem.
-O! Tu jesteś. - powiedziała po angielsku zerkając na mnie z ulgą w oczach. Uśmiechnąłem się kiedy wyszeptała nieme "ratuj".
-Musimy iść na odprawę, za chwilę mamy samolot. - powiedziałem uprzejmie w stronę chłopaka i złapałem dziewczynę za rękę, w drugiej ciągnąc walizki.
-Nie umiesz spławiać facetów? - zapytałem z rozbawieniem.
Zmierzyła mnie groźnym spojrzeniem i mocniej ścisnęła moją dłoń.
-Nie muszę, skoro mogę ich odstraszyć tobą.
-Wierz mi skarbie, nie wszyscy dadzą sobie spokój jak powiesz "przepraszam, ale czekam na swojego chłopaka". Nawet jeśli jest on zwykłym kumplem gotowym odgrywać tą jakże intrygującą i pociągającą rolę.
Uśmiechnęła się. Lubiłem jak się uśmiecha. Miła taki miły, delikatny uśmiech. Przyprawiało mnie to o przyjemne dreszcze wewnątrz ciała, aczkolwiek wiedziałem, iż nasze drogi wkrótce się rozejdą. Może i lepiej, jeśli nie będziemy się widzieć, lecz co ja zrobię sam, jak nie będzie jej przy mnie? Wszystko wygląda niczym porcelanowy patyczek. Z jednej strony jest delikatny i może się rozpaść i jednej chwili, a z drugiem przypomina pewien symbol, którego nie mogłem sobie z niczym skojarzyć. To co czuję nie jest możliwe do opisania, ale jeśli już miałbym coś powiedzieć to chyba powiedziałbym, że jest to tak kruche uczucie, jak niejedna lampka nocna, która ucierpiała podczas kłótni. Łatwo ją rozbić, zniszczyć, lecz trudno posklejać i na nowo postawić na szafce bo jej posklejane kawałki już na zawsze będą przypominać blizny, a każda blizna ma jakąś historię, której się nie zapomina.
Wsiedliśmy na pokład samolotu i zajęliśmy miejsca obok siebie. Uśmiechnęła się do mnie. Spojrzałem w dół, na nasze dłonie na podłokietnikach. Były tak blisko, że byłoby grzechem gdyby nie złączyły się w jedną spójna całość. Dotkliwie odczuwałem pustkę między nami, a po chwili namysłu wsunąłem swoje palce między jej palce. Zaskoczona rozszerzyła oczy a ja patrzyłem na nią z delikatnym, niepewnym uśmiechem. Ścisnęła mocniej moją dłoń, odczuwając to jako zachętę do chwili ciepła i bliskości i położyła głowę na moim ramieniu. Inni ludzie nie istnieli kiedy delikatnie gładziłem jej ramiona... włosy... policzki. Czułem się odpowiedzialny za tą piękną istotę, która sprawiała wrażenie kruchej jak porcelana i delikatnej jak piórko. Byłem ciekawy co sprawiło, że wydaje się taka pokrzywdzona przez życie ale wiedziałem, że to niestosowne pytać. Wspominała o tym ale krótko, ogólnikowo.
Zasnęła przytulając mnie w pasie, z głową na moim ramieniu. Byłem bezpieczny w jej ramionach. Odpłynąłem.
Po godzinie spokojnego snu ramiona Bri rozluźniły swój chwyt, zaczęła się szarpać, jęczeć, mówić przez sen. Zaspany spojrzałem na czubek jej głowy i usłyszałem:
-Puść mnie... Nie. Nie. Nie chcę.. Puść..-jej głos brzmiał tak rozpaczliwie, że serce mi się krajało.
-Bri.. Obudź się. Britanya. To ja, Bill. Nic ci nie zrobię. Obiecuję. Uspokój się..- starałem się mówić delikatnie, cicho.
Britanya zaszlochała i wyszeptała:
-A zostaniesz ze mną?
-Tak... Oczywiście...
-Tak bardzo się boję... Nie chcę tam wracać, Bill.
-Wiem. Zostanę z tobą. Przynajmniej na razie... - westchnąłem. Nie mogłem jej narażać na to samo na co nie chciałem narażać fanów, rodzinę. Nie mogłem stać się jej bliski. Tak bym ją skrzywdził a ona nie potrzebuje więcej bólu.
Ironia, przypomniałem sobie, że bardzo skrzywdziłem jedną osobę, która kochała mnie bezgranicznie a nie był nią Tom. Rozie. Nie mogłem już więcej krzywdzić kobiet. To, że były blisko stawało się niebezpieczne dla nich samych.
Podoba mi się zachowanie Toma, choć nie było w sumie najprzyjemniejsze xD Ale cóż... Lubię go takiego. Przynajmniej na początku, bo fajnie jest gdy później staje się nieco delikatniejszy ;)
OdpowiedzUsuńBill bardzo zbliżył się do Bri.. Hm, z jednej strony uciekł od najbliższych by sam uporać się swoją chorobą, a teraz zbliżył do siebie nową osobę... A w czym ona jest lepsza od jego rodziny, Toma by z nią zostać, a tamtych tak po prostu opuścić...?
Ona też będzie cierpieć.
I jeszcze jedna mała uwaga na koniec, "Bynajmniej" nie znaczy to samo co "przynajmniej".
Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy :)
Dzięki za tą uwagę już poprawiłyśmy :)
UsuńGenialny rozdział!! :)) Cieszę się, że w końcu coś dodałaś :D
OdpowiedzUsuńhmmm... bardzo przyjemnie się zaczyna, o ile tak można to określić, bo choroba Billa z którą musi sobie sam poradzić nie może być niczym przyjemnym. Muszę przyznać, że bardzo płynnie i szybko się twoją historię czyta, co jest wielkim plusem :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam,
i już nie mogę się doczekać na następną cześć :)
Hej :) Chciałam poinformować, że nowy odcinek u mnie na Torgu ! :)
OdpowiedzUsuńhttp://lovestorytorg.blogspot.com/2014/11/7-pozegnalna-prawda.html