piątek, 19 września 2014

Rozdział 2

Hana:
Może to odejście z policji to najlepsze co udało mi się dotychczas zrobić. Mam dziewiętnaście lat, a zero pomysłu na przyszłość. No chyba, że psycholog lub nauczyciel się liczy, choć nie mam bladego pojęcia czy to wypali.
    Stałam przy szafce w kuchni, gdy zadzwoniła moja komórka. Zerknęłam na wyświetlacz i zrezygnowana odebrałam połączenie od jednej z policjantek, która prowadziła ze mną minioną sprawę. Potrafiła truć człowiekowi całymi godzinami, więc wolałam odłożyć telefon na blat oraz zająć się przygotowywaniem kawy, a także wspominaniem nocy sprzed trzech dni. Nigdy nie zrobiłabym czegoś tak nieodpowiedzialnego, lecz alkohol i nadmiar emocji zrobił swoje. Było świetnie, już nie wspominając o tym, że robiłam to pierwszy raz. Jakoś zapomniałam przy Tomie o tym, że jestem dziewicą. Czułam się dowartościowana, a co do tego piękna. Prawdopodobnie zapomniał, jeśli tak to będę skakać z radości. Mam na oku zajęcie się dalszym kształceniem. 
    Urządzenie leżące na marmurowym blacie wyłączyło się, a w radiu rozbrzmiały się brzmienia muzyki ze starych czasów. "Durch den Monsun", to piosenka, która zapadnie mi w pamięć do końca życia. Ona nauczyła, że trzeba walczyć o swoje. Że mimo niepowodzeń oraz przeszkód dojdzie się do celu. Usiadłam na krześle popijając co jeden gryz kanapki świeżo zaparzoną kawą. Jednak śniadanie to posiłek, jaki będzie moim ulubionym. Nie zdążyłam zjeść, a rozległo się pukanie do drzwi. Ignorowałam natręta, aczkolwiek jego denerwujący sposób pukania w deski spowodował, że podniosłam się z miejsca i powędrowałam ku korytarzowi. Tak założyłam na siebie bluzę, gdyż zwyczajna koszulka na ramiączka, prześwitująca w dodatku, nie jest odpowiednim strojem do przyjmowania gości. Przez wizjer dostrzegłam osobę z kapturem na głowie i dłońmi w bandażach. Niecodzienny widok o siódmej rano. Bez namysłu otworzyłam nieznajomemu, który okazał się być znajomy.
    - Zagubił się pan? - spytałam z nutą ironii w głosie. Chłopak wywrócił oczami i wstąpił na próg mojego domu. - Chyba nie znamy się na tyle dobrze, aby mogła pana wpuścić. - stwierdziłam, usiłując schować uśmiech wkradający się na moje usta. Tom wszedł do środka, wymijając moją osobę. Od razu skierował się do kuchni, gdzie na stole znajdował się kubek niedopitego "energetyka". - Przykro mi, lecz musi pan opuścić mój dom, jeśli nie chce pan przesiedzieć czterdziestu ośmiu godzin w areszcie i mieć założonej sprawy za wtargnięcie. - oświadczyłam. Może i odchodzę z policji to i tak wykorzystuję swoją posadę przeciwko bufonom.
    - Przestaniesz mówić do mnie na "pan"? Mam imię, krótkie bo krótkie, ale ludzie zapamiętują. - zbliżył się do mnie, na co odsunęłam się na bezpieczną odległość, lecz gdy zrobił to drugi raz, ściana zagrodziła mi pole ucieczki. - Ładną masz kuchnię, Hano. Może by tak ją nieco wypróbować? - zaproponował z błyskiem w oku. Nie tędy droga, kochaniutki!
    - Może by pan tak łaskawie zabrał cztery litery z mojego domu i mojej posesji? Chyba, że pocisk w tych literach nie przeszkadzałby panu w funkcjonowaniu. - czemu jestem wredna? Nie rozumiem. Chyba się starzeję. - Zresztą. Na ciebie nic nie podziała, prawda? - minęłam chłopaka, chwytając w nieco trzęsące się dłonie kubek z napojem.
    - Kawa szkodzi tak ładnym kobietom. - rzekł z przekonaniem, co nawet tak nie brzmiało. Nikt nie zakaże pić mi kawy! A zwłaszcza on. Wolny kraj i mogę robić to, co chcę! - Ostatnimi czasy często chodzisz niedaleko uczelni, studiujesz? - zapytał zaskoczony faktem, iż często tam przebywam.
    - Chcę zacząć kierunek, ale nie wiem jaki, waham się między dwoma, lecz nie powinno cię to obchodzić. Możesz wyjść? Chcę zostać sama, muszę się ubrać i przygotować do wyjścia. - rzuciłam, wskazując na wyjście z pomieszczenia. Ani drgnął, co mam siły użyć?! - Rusz się, bo...
    - Bo co? - przerwał moje dictum zbliżając się na bardzo niebezpieczną odległość. - Co mi pani zrobi, pani inspektor? - jego głos przybrał inną barwę. Taką, jakiej nie znałam. Nie doświadczyłam od żadnego mężczyzny. Było w nim coś powalającego, aczkolwiek nie mogę się poddać. Nie chcę pokazać, że jestem słaba i łatwa.
     - Odeszłam, a teraz proszę ty odejdź! -krzyknęłam, odpychając go od siebie. Nie rozumiał, był aż tak tępy?! - Wynocha, pacanie!
    - Podwiozę cię tam, gdzie chcesz, ale poświęć mi kilka godzin. - mruknął podciągając rękawy bluzy. Zaintrygowały mnie jego dłonie. Wtedy nie miał bandaży, a może miał. Nie pamiętam. - Nie patrz, bo nie powiem, kochanie.
      - Nie mów do mnie "kochanie", bo język stracisz w sokowirówce.
    - Ale podobało ci się wtedy. - oznajmił spokojnym tonem, który doprowadzał mnie do szału. Miałam ochotę złapać go za ubrania i wyrzucić na ulicę. Denerwował jak nikt inny. Jeszcze takiego natarczywego człowieka nie spotkałam w całym swoim życiu.
    - Skąd znasz mój adres? Jesteś detektywem? Jasnowidzem? Szpiegiem? - moje pytania zabijały nawet mnie. Nie pomyślałabym, iż mogę być taka głupia. Tom patrzył na mnie spode łba z wielkim bananem na twarzy. Usadowił się swobodnie na krześle, zakładając ręce na piersi. - Słuchasz mnie?
    - Tak. Jestem dobrym obserwatorem, kiciu. - posłał mi całusa w powietrzu, na co aż mnie wzdrygnęło. Ohyda! Nienawidzę takich typów. potrząsnęłam głową, unosząc przy tym brew i wywracając oczami. Wyszłam z pomieszczenia do swojej sypialni. Kiedy już otworzyłam szafę, wyjęłam z niej czerwoną koszulkę i granatowe rurki.
    Stałam na środku pokoju topless, poprawiając ramiączka od stanika, kiedy usłyszałam gwizdy za plecami. Tom! Nie dość, że palant, bufon to jeszcze podglądacz i szpieg. Jakiś nienormalny. Próbowałam zapiąć stanik, lecz miałam z tym niemały problem. Poczułam jak ciepłe palce przejeżdżają niedaleko zapięcia. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, jaki pozostawił za sobą gęsią skórkę oraz pragnienie wywalenia tego idioty z domu, nawet przez okno. To byłoby najlepsze wyjście.



Bill:
Wciągnąłem nosem powietrze. Wypuściłem ustami. Otworzyłem oczy. Bri leżała naprzeciw mnie z głową na plecaku i wzrokiem utkwionym w przydymiony sufit. 
Nie odzywaliśmy się, cieszyliśmy się chwilami ciszy, którym zostało nam stosunkowo niewiele. Jeśli ciszą można nazwać gwizd pociągu, stukot kół na szynach i wygłuszone przez ściany przedziału krzyki dzieci. 
Usiadłem wyciągając nogi przed siebie i odchyliłem głowę. Moja, nasza obecna sytuacja jest beznadziejna. Dwójka nastolatków uciekająca przed problemami, z którymi nie chcą się mierzyć. Każda negatywna emocja, kłuła mnie w serce dwa razy bardziej, każda myśl o Rozie, Tomie... Sprawiała, że chciałem strzelić sobie w głowę. Takie scenariusze odbierały mi chęć życia i oplatały moje gardło zimnymi, skostniałymi dłońmi tchórzostwa.
Wiedziałem, że to było jedno z najgorszych wyjść jakie mogłem wybrać. Zdawałem sobie z tego bolesną sprawę.
Nagłe ukłucie bólu za żebrami sprawiło, że złapałem się za brzuch i skręciłem z bólu. Zakrztusiłem się śliną a chwilę potem poczułem jak gorzka ciecz pochodzi mi w górę gardła. Szybko wyjąłem chusteczki i wyplułem w nie ciemnoczerwoną krew. Zamknąłem oczy i próbowałem zapomnieć o nieprzyjemnym smaku w ustach. W końcu wyjąłem wodę z torby podręcznej i wypiłem kilka dużych łyków. Złożyłem chusteczkę w inne chusteczki i podniosłem głowę. Britanya, bo tak brzmiało jej pełne imię, patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Szczupłe palce zacisnęła na skórzanym obiciu fotela. Przez chwilę jeszcze się nie ruszała a potem wstała i kiedy już myślałem, że wyjdzie z przedziału usiadła obok mnie. Ufnie położyła głowę na moim ramieniu a rękami oplotła mnie w pasie.
-To boli? - zapytała cicho, unosząc głowę tak aby na mnie spojrzeć.
-Trochę. Nigdy nie wiem kiedy nadejdzie fala bólu a zaraz po niej... To. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą wzdychając.
-Jesteś silny.
-Nie, jestem tchórzem. Nie walczę z tym. - powiedziałem z goryczą w głosie. Pokręciłem głową z zamkniętymi oczami. Jestem tchórzem. Pieprzonym tchórzem.
-Jesteś silny bo zaakceptowałeś prawdę, nie wypierasz jej.
-Uciekam przed nią.
-Bo nie chcesz ranić najbliższych. Nie wiem czy nie cierpieliby dwa razy bardziej patrząc jak z dnia na dzień gaśnie twój wewnętrzny ogień.
Spojrzałem na nią zdziwiony. Uśmiechnęła się do mnie a ja w odpowiedzi przytuliłem ją mocniej do siebie. Z zaskoczeniem przyjąłem ulgę jaką wywołały jej słowa. Może w tym co powiedziała ta dziewczyna jest trochę prawdy. Ostatnie co pamiętam zanim zasnąłem to to jak Bri ujęła moją dłoń w swoją i położyła głowę na moich kolanach. Była taka ufna a nawet mnie nie znała.


Britanya szturchała mnie, próbując dobudzić z twardego snu. Uchyliłem oczy i poczułem, że pociąg zwalnia. Przeciągając się wstałem i ziewnąłem. Moja koszulka była cała wymięta ale nie przejąłem się tym. Złapałem swoje walizki, Bri swój plecak i cierpliwie czekaliśmy aż maszyna zatrzyma się na stacji. Kiedy rozległ się przeciągły gwizd przepuściłem dziewczynę w drzwiach przedziałowych i puściłem przodem. Kiedy przechodziłem przez szeroko otwarte drzwi w tłumie ludzi wzdrygnąłem się z zimna. Założyłem na głowę kaptur bluzy, którą włożyłem jeszcze w pociągu i okulary i podążyłem w ślad za oddalającą się wzdłuż peronu szatynką.
Dogoniłem ją i zaczęliśmy próbę zatrzymania taksówki. Nasze oddechy zamieniały się w obłoczki białawej pary. Bri pocierała nogę o nogę i szczękała zębami. Zdjąłem skórzaną kurtkę i bluzę, bluzę dałem zmarzniętej dziewczynie założyłem kurtkę a na głowę fullcap, w którym wyszedłem z domu.
Britanya z wdzięcznością przyjęła bluzę i założyła ją na płaszcz, otulając się szczelnie grubym materiałem.
Gdy w końcu jakiś taksówkarz zatrzymał się dla nas, byliśmy przemarznięci i zmęczeni smagającym nas ze wszystkich stron wiatrem.
-Na lotnisko. - poleciłem dając mężczyźnie pieniądze.
Usadowiliśmy się na tylnych siedzeniach, wkładając bagaże do bagażnika. Jechaliśmy w milczeniu, nawet kierowca zaniechał zwykłych rozmów z pasażerami.
-Jesteśmy na miejscu. - oznajmił taksówkarz po około 10 minutach jazdy. Podziękowaliśmy mu, wyjęliśmy walizki i ruszyliśmy w stronę budynku.

Zewsząd dochodziły nas dźwięki rozmów i automatycznych głosów oznajmiających przez magnetofony za ile jaka odprawa i o ile jakiś lot został przesunięty. Poszedłem kupić dwa bilety do LA a Bri usiadła na jednym z wielu plastikowych krzesełek i pilnowała bagażu.
-Dwa bilety na najbliższy lot do Los Angeles. - powiedziałem do młodej kobiety stojącej za wysoką  ladą. Kątem oka patrzyłem jak Britanya przerzuca w dłoniach małe czerwone mp3.
-Najbliższy lot odbędzie się za pół godziny, pasuje panu? - zapytała kobieta miłym głosem jednocześnie wstukując coś w stojącego przed nią laptopa.
-Jak najbardziej.
Po krótkich instrukcjach co do odprawy wróciłem do szatynki aktualnie rozmawiającej po angielsku z jakimś całkiem przyzwoicie wyglądającym chłopakiem.
-O! Tu jesteś. - powiedziała po angielsku zerkając na mnie z ulgą w oczach. Uśmiechnąłem się kiedy wyszeptała nieme "ratuj".
-Musimy iść na odprawę, za chwilę mamy samolot. - powiedziałem uprzejmie w stronę chłopaka i złapałem dziewczynę za rękę, w drugiej ciągnąc walizki.
-Nie umiesz spławiać facetów? - zapytałem z rozbawieniem.
Zmierzyła mnie groźnym spojrzeniem i mocniej ścisnęła moją dłoń.
-Nie muszę, skoro mogę ich odstraszyć tobą.
-Wierz mi skarbie, nie wszyscy dadzą sobie spokój jak powiesz "przepraszam, ale czekam na swojego chłopaka". Nawet jeśli jest on zwykłym kumplem gotowym odgrywać tą jakże intrygującą i pociągającą rolę.
Uśmiechnęła się. Lubiłem jak się uśmiecha. Miła taki miły, delikatny uśmiech. Przyprawiało mnie to o przyjemne dreszcze wewnątrz ciała, aczkolwiek wiedziałem, iż nasze drogi wkrótce się rozejdą. Może i lepiej, jeśli nie będziemy się widzieć, lecz co ja zrobię sam, jak nie będzie jej przy mnie? Wszystko wygląda niczym porcelanowy patyczek. Z jednej strony jest delikatny i może się rozpaść i jednej chwili, a z drugiem przypomina pewien symbol, którego nie mogłem sobie z niczym skojarzyć. To co czuję nie jest możliwe do opisania, ale jeśli już miałbym coś powiedzieć to chyba powiedziałbym, że jest to tak kruche uczucie, jak niejedna lampka nocna, która ucierpiała podczas kłótni. Łatwo ją rozbić, zniszczyć, lecz trudno posklejać i na nowo postawić na szafce bo jej posklejane kawałki już na zawsze będą przypominać blizny, a każda blizna ma jakąś historię, której się nie zapomina. 


Wsiedliśmy na pokład samolotu i zajęliśmy miejsca obok siebie. Uśmiechnęła się do mnie. Spojrzałem w dół, na nasze dłonie na podłokietnikach. Były tak blisko, że byłoby grzechem gdyby nie złączyły się w jedną spójna całość. Dotkliwie odczuwałem pustkę między nami, a po chwili namysłu wsunąłem swoje palce między jej palce. Zaskoczona rozszerzyła oczy a ja patrzyłem na nią z delikatnym, niepewnym uśmiechem. Ścisnęła mocniej moją dłoń, odczuwając to jako zachętę do chwili ciepła i bliskości i położyła głowę na moim ramieniu. Inni ludzie nie istnieli kiedy delikatnie gładziłem jej ramiona... włosy... policzki. Czułem się odpowiedzialny za tą piękną istotę, która sprawiała wrażenie kruchej jak porcelana i delikatnej jak piórko. Byłem ciekawy co sprawiło, że wydaje się taka pokrzywdzona przez życie ale wiedziałem, że to niestosowne pytać. Wspominała o tym ale krótko, ogólnikowo. 
Zasnęła przytulając mnie w pasie, z głową na moim ramieniu. Byłem bezpieczny w jej ramionach. Odpłynąłem.
Po godzinie spokojnego snu ramiona Bri  rozluźniły swój chwyt, zaczęła się szarpać, jęczeć, mówić przez sen. Zaspany spojrzałem na czubek jej głowy i usłyszałem:
-Puść mnie... Nie. Nie. Nie chcę.. Puść..-jej głos brzmiał tak rozpaczliwie, że serce mi się krajało.
-Bri.. Obudź się. Britanya. To ja, Bill. Nic ci nie zrobię. Obiecuję. Uspokój się..- starałem się mówić delikatnie, cicho.
Britanya zaszlochała i wyszeptała:
-A zostaniesz ze mną? 
-Tak... Oczywiście... 
-Tak bardzo się boję... Nie chcę tam wracać, Bill. 
-Wiem. Zostanę z tobą. Przynajmniej na razie... - westchnąłem. Nie mogłem jej narażać na to samo na co nie chciałem narażać fanów, rodzinę. Nie mogłem stać się jej bliski. Tak bym ją skrzywdził a ona nie potrzebuje więcej bólu. 
Ironia, przypomniałem sobie, że bardzo skrzywdziłem jedną osobę, która kochała mnie bezgranicznie a nie był nią Tom. Rozie. Nie mogłem już więcej krzywdzić kobiet. To, że były blisko stawało się niebezpieczne dla nich samych.

wtorek, 29 lipca 2014

Rozdział 1

„Wygląda na to, że Twój anioł stróż został dziś w domu”


Bill:
Kliknąłem ikonkę ‚wyślij’ i po chwili post ukazał się na stronie. Wylogowałem się w chwili kiedy zaczęły przychodzić pierwsze powiadomienia. Wszystko miałem już spakowane. Dzięki temu, że zostawiłem w spokoju swoje ekstrawaganckie czarne ciuchy, spodnie i wysokie buty, zmieściłem się do dwóch walizek. Nie i było się bez zakupów. Musiałem wtopić się w tłum przechodniów i ludzi czekających na stacji.
Spojrzałem w lustro. Luźne, zwykłe jeansy, szara koszulka i koszula w zieloną kratę. Wyjąłem wszystkie kolczyki, nawet ten z języka i zakryłem tatuaże. Na głowę włożyłem czarno-czerwoną czapkę Fullcap, którą Tom nosił za czasów swoich pamiętnych dredów. Narzuciłem na to czarną skórzaną kurtkę, włożyłem najzwyklejsze w świecie czarne trampki i wyszedłem z domu z walizkami nie oglądając się. Gdybym to zrobił, pewnie bym się wycofał. Pewnie wróciłbym i powiedział, że to jedynie żart, że nie muszą się martwić. A oni pewnie i tak by nie uwierzyli. Trudno. Stało się. Odkąd wiem w jakim punkcie życia się znajduję, a jest to obecnie „jedną nogą w grobie”, to co mnie otacza jest mi obojętne. Ile bym dał, żeby nie zapalić wtedy tego pierwszego papierosa… Ile bym dał, żeby odzyskać to co utraciłem.

Rozie się wścieknie. Nigdy mi tego nie wybaczy. A już planowaliśmy ślub. Nie wspominałem o tym w liście, nie wiem nawet dlaczego… Może myślałem, że jeśli nie przyznam się do naszego związku, weźmie mnie za zimnego oszusta i szybciej o mnie zapomni? Mróz szczypał mnie w skórę, był wyjątkowo zimne styczniowe popołudnie. Szedłem wolnym krokiem, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. To było miłe uczucie, być anonimowym. Z dala od kamer, wywiadów, uporczywych fanek. Tylko ja, zima i walizki.

Stanąłem na peronie. Bilet miałem już kupiony. W jedną stronę. Do Berlina. A stamtąd samolotem prosto do Los Angeles. Miasta aniołów, miasta, w którym miałem zacząć od nowa. Tym razem nie życie rozchwytywanej gwiazdy rocka tylko samotnika wychodzącego na ulicę tylko po to, aby coś kupić do jedzenia czy picia. Zagwizdał dzwonek oznaczający wjazd pociągu na stację. Wszyscy wokół mnie stłoczyli się przy małym wejściu. Niektórzy z walizkami, inni z plecakami. Nastolatki, dorośli. Każdy z nich miał cel wyjechać, więcej niż połowa pewnie wróci. Ja nie będę miał do czego wracać. Próbuję wyrobić w sobie głęboką nienawiść do siebie, do tego miejsca, do przyjaciół. Wtedy łatwiej by mi było znieść stratę. Wyjeżdżałbym od ludzi i miejsc, których nienawidzę, a nie tych których kocham. Niestety byłem zbyt słaby i za bardzo pamiętałem wszystko co dla mnie ci ludzie zrobili.   Odczekałem dwie minuty. Konduktor zagwizdał gwizdkiem sygnalizując, że za minutę odjazd. Wszedłem do środka przez szeroko otwarte drzwi. Przechodząc przez nie poczułem chłodny metaliczny powiew. Przeszedłem przez wagony szukając pustego przedziału. Kiedy taki znalazłem, wszedłem do niego i postawiłem walizki na podłodze. Potarłem dłonie i zdjąłem kurtkę. Myśląc o swoim dotychczasowym życiu oparłem dłoń na szybie i wypowiedziałem bezgłośnie „żegnaj Tokio Hotel, żegnaj”. Ułożyłem głowę na zimnym szkle i kiedy zniknął ostatni budynek odwróciłem twarz w stronę siedzeń w przedziale.  Zakurzone fotele obite w czerwoną gdzieniegdzie popękaną skórę raziły mnie w oczy więc od razu je zamknąłem.
Próbowałem skupić się na równomiernym oddychaniu. Wdech, wydech.
Nie pomaga.
Wdech, wydech, wdech.
Ciągle nic.
Wdech, wydech, wdech, wydech.
Przyśpieszone bicie serca nie ustaje.
Koniec. To głupie.
Miałem nieodpartą ochotę zapalić. Ale pozbyłem się wszystkich paczek i zapalniczek. Przysięgałem sobie, że już nigdy więcej po nie nie sięgnę. I nie zrobię tego. Dotrzymam obietnicy. Nagle drzwi przedziału otworzyły się. Dziewczyna miała na sobie zielony płaszcz z kapturem, poszarpane na kolanach jeansy i znoszone tenisówki. Przez ramię miała przerzucony czarny plecak. Jej brązowe włosy były potargane. Wyglądała na siedemnaście lat.
-Mogę? – jej głosy był cichy, lękliwy.
Skinąłem głową.
-Jestem Bri. – przedstawiła się siadając naprzeciwko mnie.
-A ja Bill… Chociaż wolałbym o tym zapomnieć.
Przez chwile milczała patrząc na mnie natarczywie. A gdy w końcu się odezwała, żałowałem, że pozwoliłem jej tu usiąść.
-Wyglądasz na zmartwionego.
-A ty jesteś bardzo ciekawska.
Uśmiechnęła się lekko i przegryzła dolną wargę. Ten gest trochę mnie do niej przekonał. Miała piękny uśmiech, taki szczery a zarazem kruchy, jakby miał za chwile zniknąć z jej ładnej twarzy.
Westchnąłem.
-Każdy przed czymś ucieka…- powiedziała łagodnie, jak do spłoszonego zwierzęcia.
-Ty na pewno nie przed tym co ja…- odparłem prawie szeptem patrząc w jej intensywnie niebieskie oczy.
-Więc przed czym uciekasz?- zapytała szczerze zainteresowana. Robiła złudzenie osoby, której można zaufać.
-Przed fanami, odpowiedzialnością, przyjaciółmi, wytwórnią, chorobą…
-Kim ty jesteś? – to pytanie było tak głupie jakby mnie nie znała, jakby nie wiedziała z kim rozmawia.
-Jestem człowiekiem, wokalistą, któremu przyszło zmierzyć się z rakiem, a który na własną głupotę postanowił umrzeć w samotności..
-Ja uciekłam z domu. Miałam dość patrzenia na to co się tam dzieje… Po prostu… uciekłam.
-I dokąd teraz jedziesz?
-Jeszcze nie wiem. Przed siebie. Myślałam o wyjechaniu to Ameryki, tam mnie nie będą szukać o ile w ogóle będą. – odpowiedziała nieobecnym głosem, z rękami założonymi na kolanach wpatrując się w las za oknem.
-Wiem, że to głupie… Ale jadę do Berlina. Stamtąd do Ameryki. Konkretniej do Los Angeles.. – spojrzała na mnie zaciekawiona, trochę nieufna. – Jedź ze mną. Bynajmniej to mogę dla ciebie zrobić.
-Nie jesteś mi nic winien….
-Trochę jestem. Jesteś pierwszą osobą, którą nie obchodzi kim jestem i pierwszą, która na żywo usłyszała to co napisałem w liście pożegnalnym do fanów, zespołu i wytwórni.
-Więc zgadzam się, ale, żebym wiedziała z kim jadę musisz mi opowiedzieć wszystko od początku.
Zaufałem tej zagubionej dziewczynie. Oboje uciekaliśmy, oboje nie chcieliśmy, żeby nas znaleźli. Bynajmniej będę wiedział, że zrobiłem coś dobrego. Coś co być może uratuje kiedyś tą dziewczynę, coś co pozwoli jej zacząć życie od nowa, z dala od problemów, z dala od rodziny.
Więc opowiedziałem jej wszystko od początku.


Tom:
-CO?! NIE! Teraz to ty mnie słuchaj! Czytałeś to! Nie, nie wiedziałem! Jestem jego bratem a ty menadżerem, widocznie żadnemu z nas nie ufał tak jakbyśmy tego chcieli! Nie. Nie. Tak, naprawdę. Nie wrzeszcz na mnie! Też nie wiedziałem. Co mnie obchodzi jego ostatnia wola?! Znajdę go! Nie zabronisz mi. A zrywaj tą umowę! Wisi mi to! Mój brat jest ważniejszy. Tak. A daj mi ty kurwa święty spokój…- rzuciłem telefonem o ścianę. Nie wiedziałem jak wyrazić swoje uczucia, jak przelać frustrację na przedmioty nieożywione. Miałem ochotę w coś uderzyć. Ściana była najbliżej.
Zamachnąłem się zwijając dłoń w pięść. Z całej siły uderzyłem w grubą ścianę z re-gipsu robiąc w niej pajęczynę pęknięć i głębokie wgłębienie. Zasyczałem z bólu. Moje kłykcie były popękane i zakrwawione, bolała mnie każda najdrobniejsza kostka prawej dłoni i nadgarstka. To uczucie, że jestem bezradny wobec sytuacji. Tak jakbym błądził w ciemnościach już jakiś czas a bardzo tęsknił za światłem. Bill był moim światłem…
No to drugi raz.
Tym razem lewa dłoń.
Jeszcze jedno pęknięcie.
Jeszcze jeden zduszony krzyk.
Jeszcze jeden, i następny… I kolejny.
Z frustracji zacząłem kopać ściany. Georg i Gustav stali za mną z założonymi rękami, nie próbując mi przerwać. Gdyby przerwali, pięści byłyby wycelowane w nich. Żaden z nas tego nie chciał. Zawyłem z wściekłości i jeszcze raz kopnąłem ścianę, na której było już z milion pęknięć, drobnych i większych siateczek w popękanej farbie. W jednym miejscu odleciał re-gips, pozostawiając nagi kawałek pustaków.
Pobiegłem do lodówki, wyciągnąłem z niej zimną wódkę i szybko pociągnąłem z niej potężnego łyka. Mięśnie ramion rozluźniły się. I wtedy kiedy nikt się nie spodziewał znów uderzyłem.
Z głuchym trzaskiem moja dłoń zaciśnięta na szyjce butelki wbiła się w ścianę z taką mocą, że przeszła ją na wylot. Pociągnąłem rękę z powrotem do siebie. Była biała od rozdrobnionego na pył tynku i pokaleczona szkłem. Po białym pyle osiadłym na dłoni ściekały czerwone strużki krwi, robiąc krwawe bruzdy i szlaczki na całej jej powierzchni.
Poczułem na ramieniu dłoń. Już miałem obrócić się, żeby przywalić Georgowi kiedy poczułem, że palce zaciskają się mocniej. Przeniosłem wzrok na smukłe długie palce z czerwonym lakierem na paznokciach. Zagryzłem wargę i odwróciłem się do Rozie zatapiając ją w mocnym uścisku. Na twarzy miała rozmazany makijaż, opuchnięty oczy. Nadal płakała. Zacisnąłem zakrwawione ręce na jej plecach, przyciągając ją bliżej. Ona wczepiła się palcami w moją koszulkę. Po chwili wydała z siebie żałosne zawodzenie i przez łzy zaczęła okładać moją klatkę piersiową drobnymi pięściami. Pozwalałem jej na to. Jeszcze mocniej ją przytuliłem, poczułem jak jej łzy moczą mi koszulkę a jęki i zduszone przekleństwa nikną tłumione moim ciałem. Zacząłem ją powoli kołysać wtulając twarz w jej ramię. Gdy poczułem jak Rozaline drży i odtworzyłem w myślach list… Po moich policzkach zaczęły płynąć słone a zarazem gorzkie łzy bólu i porażki.

Czemu mi nie powiedział?
Dlaczego mi nie zaufał?
Czemu nas porzucił?
Dlaczego skazał Tokio Hotel na koniec?
Dlaczego, dlaczego, dlaczego…
Ostatnia pierdolona wola. Nie minęły 24 godziny, i tak nic nie mogę z tym zrobić. Chciałbym spełnić jego wolę ale czy mogę żyć z myślą, że Bill umiera..? Umiera w samotności a ja nic z tym nie mogę zrobić?! Jebana bezradność. Nigdy nie wiem co mam z nią zrobić, to nie jest uczucie,które znam. Jest mi obce. Tak obce jak ja byłem dla swojego brata kiedy pluł krwią, kiedy jeździł po lekarzach, kiedy pisał ten list.
Rozaline opadła bezwładnie na kanapę obok Georga, nadal ściskając w palach pusty już kieliszek po wódce. Georg i Gustav pili od dobrych trzech godzin. Od dobrych trzech godzin podniosłem do ust kieliszek napełniony alkoholem, prawie jak Zombie.

Chwiejnym krokiem wyleciałem z domu, zostawiając upijających się do nieprzytomności przyjaciół. Wziąłem kluczyki od samochodu i szybko przekręciłem je w stacyjce.
Napędzany adrenaliną zaparkowałem auto przed całonocnym barem. Bóg jeden wie jak ja tu dojechałem skoro nawet stać nie mogę. Nie chwila. Ja nie wierzę w Boga. A zwłaszcza w tej chwili. Teraz mógłbym jedynie przelecieć Maryję, ewentualnie świętą Magdalenę. Muszę to odreagować i to szybko.
Ochroniarz pchnął metalowe drzwi widząc mój obecny stan i wpuścił mnie do środka. Zatoczyłem się w kierunku baru i zamówiłem od razu coś co miało najwięcej procentów, nawet nie patrząc na nazwę. Wypiłem to jednym haustem i gestem nakazałem mężczyźnie za ladą dolać owego trunku.
Barman westchnął i dolał mi tego co wcześniej z domieszką wysokoprocentowej wódki i kilkoma kostkami lodu.
Odwróciłem się na krześle barowym, opierając łokcie o blat za mną i utkwiłem wzrok w tłumie, szukając jakiejś laski na jedną noc, na tyle głupią, żebym mógł wyjść rano z pokoju nad ranem bez zbędnych wyjaśnień.
Dziś o tej porze było tu wyjątkowo dużo wspaniałych kobiet. Blondynki, brunetki, szatynki. O pełniejszych kształtach, ze zgrabnymi nóżkami. Innymi słowy – do wyboru do koloru. Miałem wielki wybór zważywszy na to, że 2/3 lasek była już pijana. I wtedy mój wzrok padł na jedną z nich. Bingo…


Hana:
-Zostajesz zawieszona. Hana…my nie możemy inaczej. Naprawdę. – szef stanął przede mną opierając dłonie o biurko i unikając patrzenia mi w oczy. Niby facet ale nie ma jaj by powiedzieć kobiecie prawdę.
Spojrzałam na niego z pogardą i głęboko odetchnęłam.
-Dajcie mi spokój.  Odchodzę.– wstałam i trzaskając drzwiami wyszłam na korytarz. Zawieszona…pff. Nawet nie mieli za co!Mam dość tej roboty. Jutro złożę wymówienie.
Idioci. Każdy popełnia błędy. Ale największym ICH błędem było zawieszenie mnie. Beze mnie nie doprowadzą tej sprawy do końca ale kij im w cztery litery. Ich sprawa.
Szłam przez miasto szybkim krokiem omijając jakichkolwiek rozmów. Ludzie również unikali konfrontacji widząc, że widocznie coś jest nie tak.
Wróciłam do domu przebrać się w coś bardziej klubowego. Wskoczyłam w krótką jeansową sukienkę bez ramiączek i białe szpilki. Policjantka po dyżurze. Chwila, już nie policjantka. Intrygujące, nieprawdaż?
Poprawiłam włosy i makijaż, zgarniając torebkę wybiegłam z domu. Może uda mi się zapomnieć o wszystkim co się dzisiaj stało. Bynajmniej nocny klub jest otwarty.  Ochroniarz otworzył przede mną drzwi gdy znalazłam się już na miejscu. Wszędzie pachniało papierosami i alkoholem co oznaczało, że impreza trwa w najlepsze. Przy barze zamówiłam pierwszego lepszego drinka i poszłam do jednoosobowego stolika. Usiadłam na krześle barowym wyciągając przed siebie swoje długie, opalone nogi. Spod przymrużonych powiek patrzyłam jak wszystko wokół wiruje a ludzie tańcząc wypalają piąte poty.

Wreszcie weszłam na parkiet pozostawiając niedopitego szóstego drinka na stoliku. I tak nie zamierzałam go dopijać. Ten był wyjątkowo okropny. Bawiłam się co raz lepiej, alkohol we krwi zrobił mi spustoszenie w głowie i mało obchodziło mnie to, że tańczę ocierając się o przypadkowych facetów. Ludzie twierdzą, że dziewice są wstydliwe, ale jak widać po mnie… No mylą się no. A ponoć dziewice to gatunek wymarły…. Być może, a jeśli już kobieta nią jest to zwykle się do tego nie przyznaje. Tylko dobrze doinformowani, czujni i spostrzegawczy faceci widzą zmiany w zachowaniu tych dwóch typów kobiet. Kołysałam biodrami w rytm piosenki gdy czyjeś ręce oplotły mnie w pasie przyciągając mnie do ciepłego torsu. Zamruczałam niczym kotka i odwróciłam się do faceta, który trochę się chyba podniecił bo jego interes uwierał mnie w pośladki. Zarzuciłam ręce na jego kark i oczyma powiodłam po jego twarzy; ciemne oczy, kolczyk w wardze i o mamusiu… jaki on wysoki! Pisnęłam gdy jego dłonie zakleszczyły się na moich pośladkach. Pochylił się by pocałować moją szyję.
- Chcesz znaleźć się w niebie? – zapytał całując moje ucho. Zagryzłam wargę i westchnęłam z przyjemności.
-Raczej highway to hell. – jęknęłam gdy jego dłonie zaczęły niebezpiecznie błądzić na moich udach, a palce zaczęły wkradać się pod materiał spódniczki. - Ale wiesz, musisz mnie poprowadzić.- dodałam podkreślając swój dotychczasowy status.
- Lubię dziewice.- wymruczał prosto do mojego ucha i przegryzł delikatnie jego płatek.
„Co ja kurwa robię?” to pytanie zadałam sobie w myślach ale mimo to nie odsunęłam się od przystojnego nieznajomego.
A no tak, przecież jestem pijana. Mimo, że mogę myśleć moje ciało i tak mnie nie posłucha.
A teraz jestem i pijana i ciągnięta przez tego gościa do jego samochodu. Czułam narastający strach, ale też nie mogłam się doczekać tego co na się niedługo stać. Zostałam wepchnięta na tylne siedzenia a…A właśnie!
-Miałam zapytać..masz na imię…?
-Tom.- I tyle. Tom usiadł na moich biodrach i zaczął mnie rozbierać całując każdy nowo odkryty kawałek ciała. I nagle nie ogarnęłam kiedy, ale on siedział na mnie również nagi. Patrzył na mnie niczym narkoman na ekstazy.  Nachylił się i całując moje piersi wspinał się w górę by potem dosięgnąć ust, w które niemal się wgryzł. Gumka! On ma gumkę?! O…o Jezu. Otworzyłam szeroko oczy gdy jego palec znalazł się we mnie. I wszystkie myśli o zabezpieczeniu wyleciały mi z głowy. Nie chciałam być bezczynna więc wodziłam rękoma po jego plecach i klatce piersiowej. Wbiłam paznokcie w jego skórę i delikatnie przeciągnęłam w górę i w dół. Jego oczy znalazły się na poziomie moich i wtedy zrozumiałam co ma się stać. W milczeniu wpatrywał się we mnie aż nagle poczułam jak delikatnie wsuwa się we mnie. Przestałam oddychać ale gdy poczułam go w sobie do samego końca targnął mną pewien instynkt i nawet mnie nie zabolało gdy się wsunął do końca ani gdy zaczął mnie pieprzyć niczym zwierze.
Chmurka. Taka różowa zajebista chmurka.
On dawał ja brałam. I co z tego, że się nie znamy? Jest zajebiście. Żałować będę jak wytrzeźwieję.

Leeeeeb dieeee sekundeeee hieeeer und jeeeeetz!
Bo piosenki z dzieciństwa są najlepsze podczas seksu! Skurcze mięśni w podbrzuszu stawały się coraz bardziej silniejsze. Z uchylonych ust Toma padały ciche westchnięcia i jęki. Nasze usta ocierały się o siebie z każdym jego pchnięciem. Wbił się we mnie ostatni raz i zacisnął dłoń na mojej piersi gdy orgazm chwycił nas w tym samym momencie.
I to było cudowne. Poczuć to we dwoje. A potem jakimś cudem rozłożył tylne siedzenia i opadł całym ciałem na moje. Nawet koc jakiś znalazł. Schował moje drobne ciało w ramionach i ucałował moje czoło. Wtuliłam się w niego i poczułam jego miarowy oddech upojony alkoholem. Zasnął. I ja też zasnęłam wtulona w jego ramiona.

Prolog.

15 stycznia 2010 rok.
Witajcie, jestem Bill Kaulitz. Pewnie mnie już znacie, lecz ja nie znam Was. Wiem, bez sensu. Ale… Chciałbym mieć dzień aby móc osobiście poznać swoich fanów. Poznać osoby, które wspierały mnie kiedy było ciężko, które sprawiły, że Tokio Hotel wzbiło się na szczyt. I prawdopodobnie wspieralibyście mnie nadal gdybyście wiedzieli co się dzieje. Pewnie będziecie zdziwieni, że to co tu napiszę jest prawdą. I pewnie pomyślicie „jak to? Przecież nie wygląda na chorego”, „przecież się uśmiecha”, „przecież śmieje się razem z Aliens”. Tak, moi drodzy… Śmieję się, uśmiecham aby dać Wam złudzenie, że wszystko jest dobrze. To nie znaczy, że Was okłamywałem. Nawet jeśli tak to odbierzecie to wiedzcie, że nie chciałem tego. Każdy z nas popełnia błędy, nie wstydźcie się ich. To jest historia, która nie miała prawa się wydarzyć. Ale niestety przyszło mi z nią walczyć.
To nie jest wszystko co zamierzałem Wam powiedzieć. Musicie wiedzieć, że Was kocham. Kocham tak samo jak muzykę i jak kocham swojego brata. Jesteście moim natchnieniem. Nie jestem gotowy aby zrobić ten krok, ale prawdopodobnie nigdy nie będę. Dlatego muszę ten jeden krok wykonać teraz, póki jestem przekonany o jego słuszności. I wiem, ze będziecie mnie za to nienawidzić, krytykować. Tylko, że ja już nie mogę z tym żyć. Nie mogę żyć z myślą, że powoli umieram a razem ze mną Wy i zespół. Wolałbym, żeby to przyszło szybko i bezboleśnie ale tak nie jest. I wszyscy będziemy przez to cierpieć. Gdybym postanowił inaczej, wybrał inną opcję, koncerty byłyby odwoływane, występ po występie.. Zapewne wiele fanów cierpiałoby dużo bardziej wiedząc wcześniej co się dzieje a może mieliby czas by po prostu zrozumieć sytuację. Ale JA nie chcę widzieć, że cierpicie. Nie chcę wiedzieć co byście pisali w listach do zespołu. Może to samolubne ale wolę cierpieć w samotności i zapamiętać Was uśmiechniętych i szczęśliwych. I nie wińcie za to, że nie wiedzieliście, że nie mogliście mnie od tego odciągnąć Toma, Gustava i Georga. Oni również nie wiedzieli. Pewnie teraz czytając ten ostatni list już zdążyli rozwalić komórki o ściany aby wreszcie ucichł dzwonek świadczący o tym, ze wytwórnia chce wiedzieć co się dzieje. Pewnie chcieliby, żeby wraz z milknącym dzwonkiem umilkło poczucie straty. Teraz to ONI będą Was potrzebować. Tom, jeśli to czytasz to wiedz, że wódka ci nie pomoże. Mi nie pomogła. I RZUĆ PALENIE!  Bo to ono mnie zabija… David – dziękuję za to, ze dałeś Nam, Tokio Hotel, tą szansę. Georg, Gustav – dziękuję, ze przez tyle lat byliście mi wsparciem. Przepraszam Was…
Dziękuję Wam, że byliście… Dziękuję, że jesteście. Chciałbym każdemu z Was oddać choć część tego, co Wy daliście mi. Więc zwracam Wam prawdę. Zasługujecie na to…
Pół roku temu po koncercie, zacząłem pluć krwią. Nie wiedziałem o co chodzi, myślałem, ze to może być wina sztucznego dymu ze sceny. Mimo wszystko poszedłem do lekarza. Po długich trzech miesiącach dowiedziałem się, że mam zaawansowanego raka płuc. Szansa na przeżycie wynosi 20%… Przez kolejne trzy miesiące zmagałem się z tym sam. Nawet teraz nie chcę wciągać w to Was ale muszę w końcu powiedzieć prawdę. Świat jest podły, wiem. Jeszcze nie wiem co dokładnie chcę zrobić po opublikowaniu tego listu.. Może zakończę swoje życie cierpiąc, może odejdę po prostu z pola widzenia abyście nie widzieli jak choroba mnie wykańcza. Nie chcę również abyście mnie szukali. Tom, Georg, Gustav, Jost, droga wytwórnio, policjo, tajni agenci i nie wiem co jeszcze – NIE SZUKAJCIE MNIE.  I potraktujcie to jako moją ostatnią wolę, która niezależnie od tego jaka jest musicie ją wykonać. Inaczej… To JEST moja ostatnia wola.
Jutro, a może już nawet dzisiaj mnie tu nie będzie, mam nadzieję, że zrozumiecie.
Drodzy Aliens – zawsze Was kochałem i kochać będę niezależnie od tego co się ze mną stanie. Już nie zobaczycie mnie na ulicy, już nie będę mógł was przytulić do zdjęcia ale uwierzcie – będzie lepiej. Nie podejmuję się leczenia, to by było zbyt wykańczające. Chcę umrzeć szybko, tak abym nie musiał patrzeć na Wasz ból po stracie mnie. Nie będę sprawdzał komentarzy pod tym listem, nie wysilajcie się. Nie ważne co napiszecie - ja i tak tego nie przeczytam więc zdania nie zmienię.
Kocham Was.
Żegnajcie.
Bill.